Something for me.

Dzisiaj krótki post. Cały dzień siedzę nad pracą na olimpiadę z polskiego. Boli mnie kark i plecy, i w ogóle wszystko. Mam dość Lema, Lewisa, Sapkowskiego i całej reszty. Jak ta praca nie przejdzie to się wnerwię. Wczoraj cały dzień bezsensownie zmarnowałam. Około 5 godzin drogi do Krakowa i z powrotem, plus 4 godziny siedzenia tam, tylko po to, żeby usłyszeć, jak mój temat, tj. fantastyka, jest omawiany przez, uwaga, 10 minut. Nie, nie żartuję.
W sumie mogło być gorzej, ale byłam tam z pewną osobą, która zawsze poprawia mi humor, więc…
Taka mała anegdota z wczoraj:

Omówiono już nasze tematy, więc zerwałyśmy się z tych wykładów i poszłyśmy w miasto. Stanęłyśmy przed takim wielkim czymś. Pod tym czymś, na ulicy, stały znaki z napisem „Podzamkowa”. Obok, spokojnie płynie sobie Wisła. A my dalej stoimy pod tym wielkim czymś, z głowami zadartymi do góry i zastanawiamy się co to jest.

– Co to jest?
– Zamek.
– No wiem. Ale to chyba jest jakiś specjalny zamek.
– Wawel?
– No tak mi się coś kojarzy, bo tam ten koń na gościu jest.
– Co jest?
– Znaczy gość na koniu. Pamiętam, jak tu ostatnio byłam, to coś mówili mi o tym gościu na koniu. I to chyba właśnie na Wawelu było.
– Ale my jesteśmy głupie. Stanęłyśmy przed takim jebutnym czymś i się zastanawiamy co to jest.
– No. Dwie krakuski, kurwa. Humanistki. [bo my na humanie jesteśmy 🙂 ]

Weszłam na bloga tylko po to, żeby sprawdzić czy nie trzeba zatwierdzić jakichś komentarzy, bo czasami niektóre są przez system odrzucane jako spam, chociaż wcale spamem nie są i wtedy muszę je „przywracać”. Przeczytałam informacje o nowych notkach (btw. the-rockferry.blog.onet.pl – co się stało? blog zniknął i pisze, że nie istnieje…) i odwiedziłam bloga Eweliny – revisionesdelamusica.blogspot.com, gdzie skomentowałam najnowszy post. On właśnie „natchnął” mnie do napisania czegoś u siebie. W jaki sposób?

Otóż Ewelina pisze o debiutanckiej płycie Mumford&Sons. Płycie, która jest absolutnie przepiękna, chociaż nie każdemu musi się spodobać, ze względu na swoje lekko, a nawet nie lekko folkowe brzmienie. Mnie się tam podoba. No i czytam sobie tą recenzję, zapuszczam muzykę M&S i od razu mi się nastrój zmienia. Nie żebym była teraz jakoś bardzo radosna. Nie.

Teraz, zamiast być wnerwioną, tak, jak od rana, jestem… smutna. Może nawet nie smutna, ale jakaś taka melancholia mnie dopadła. A to za sprawą utworu napisanego przez M&S do filmu „Wichrowe Wzgórza”.

kadr z „Wichrowych Wzgórz”, 2011

Film jest jak najbardziej w moim klimacie (nie wiem, czy pisałam już, że uwielbiam brytyjskie filmy kostiumowe? jeśli nie – UWIELBIAM BRYTYJSKIE FILMY KOSTIUMOWE). Jeśli chodzi o krytyków, to nie są oni już tak bardzo zachwyceni jak ja, czego szczerze mówiąc nie rozumiem, bo po najnowszej ekranizacji „Jane Eyre” (też polecam, NAPRAWDĘ polecam, przepiękny film, na podstawie nie mniej pięknej powieści), to drugi film kostiumowy, który wycisnął ze mnie takie potoki łez 🙂

No i właśnie, w tym filmie, w scenie końcowej (a happy endem to tego nazwać nie można) leci utwór Mumford&Sons – „The Enemy”.

To była moja pierwsza styczność z twórczością tego brytyjskiego zespołu, któremu być może poświęcę kiedyś większy post, chociaż w sumie to wątpię, bo trochę nie pasują do stylistyki bloga i zespołów omawianych przeze mnie szerzej do tej pory.

No nie ważne. Po prostu posłuchajcie. A jeśli się Wam spodoba piszcie. I obejrzyjcie te dwa filmy, o których wspomniałam, jeśli będziecie mieć dłuższą wolną chwilę.

„The Enemy” w wersji filmowego trailera…

…i w pełnej długości.

Idę płakać dalej. Dobranoc.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s