It’s time for Paradise! Coldplay’s Paradise.

Gdy wspominałam o nich w ostatnim poście, napisałam, że przed 19 września pewnie zrobię osobny wpis. Proszę bardzo.

Zbliża się ten piękny dzień. Już za 4 dni Coldplay wystąpi na Narodowym. Chociaż mnie tam nie będzie, jestem bardzo podekscytowana. Polscy fani potrafią zaskoczyć, co pokazali np. podczas koncertu U2. Mam nadzieję na coś równie pięknego i wywołującego ciarki. A my tymczasem zagłębimy się w historię zespołu, założonego w 1996 r., a także zapoznamy z ich najpiękniejszymi utworami (czyli z jakimiś 80% ich twórczości 😉 )

A tak na serio. Wszystkie utwory, które znajdziecie poniżej, należą do moich ulubionych, nie tylko tego zespołu, ale w ogóle. Jeśli któryś z nich jest memu sercu bliższy niż reszta, na pewno to podkreślę, tak, jak ja to potrafię (czyli używanie CapsLocka + pogrubionej czcionki, dużo epitetów wyrażających zachwyt… no w każdym razie zauważycie).

od lewej: Chris Martin,
Will Champion,
Guy Berryman,
Johny Buckland
from chioraiz.tumblr.com

Jeśli chodzi o okoliczności powstania zespołu, to raczej standard. Chris Martin (lead vocal) i Jonny Buckland (lead guitar) założyli go na studiach (University College London). Nazywał się wtedy Pectoralz. Później dołączył do nich basista, Guy Berryman i zmienili nazwę na Starfish. Jako ostatni do zespołu przyłączył się Will Champion – perkusista i multiinstrumentalista. Manager, Phil Harvey, jest uważany za piątego, nieoficjalnego członka. Jako Coldplay zaczęli działać w 1998 r. Nagrali i wydali single takie, jak Safety, Brothers and Sisters i The Blue Moon (dwa ostatnie w ’99).

Chłopcy byli raczej grzeczni (podobno nadal są, uprawiają jogging, zdrowo się odżywiają i takie tam). Postanowili np., że wyrzucą z zespołu każdego, kto będzie zażywał twarde narkotyki. Oprócz tego, nie dość, że dobrze wyglądali (i to się nie zmieniło do dzisiaj) to jeszcze dobrze grali (to także pozostało im do dziś). Światowa sława była więc nieunikniona.

Zderzyli się z nią w 2000 r. kiedy wydali single Yellow, Trouble i Shiver, które znalazły się na ich debiutanckiej płycie – Parachutes, nominowanej do Mercury Prize, a także do Grammy Awards 2002 (które wygrali w kategorii Best Alternative Music Album). Single zdobyły dla chłopców pierwsze pojawienie się na listach przebojów, na wysokich miejscach w dodatku. Były także grane regularnie przez stacje radiowe, zarówno brytyjskie, jak i amerykańskie. Rok 2000 był dla nich przełomowy także ze względu na ilość dużych koncertów jakie grali (zaliczyli m.in. Glastonbury). Chris Martin oświadczył, że sukces krążka Parachutes miał podnieść zespół do rangi „biggest, best band in the fucking world.”

Kolejny album, The Rush Of Blood zebrał niezwykle dobre recenzje. Pierwszym nagranym utworem było In My Place. Chłopcy postanowili, że będzie on głównym singlem, ponieważ ten właśnie utwór motywował ich do tworzenia drugiej płyty. Martin powiedział:

Jedna rzecz trzymała nas przy nagrywaniu – In My Place. Potem zaczęły przychodzić inne utwory.

Zespół napisał w sumie 20 piosenek. Niektóre z nich były grane jeszcze podczas trasy do Parachutess. Większość stała się popularna, jak np. In My Place, Clocks, czy (i teraz pora na moje pierwsze zachwyty) jedna z najpiękniejszych piosenek jakie w życiu słyszałam, która jest tak prawdziwa i szczera, że aż boli – The Scientist. Poniżej wstawiam ten utwór w cudownej wersji koncertowej, która wykonana z pomocą ogromnej festiwalowej publiczności (Glastonbury, of course) trafia do serca jeszcze bardziej.

(Zauważcie, że powstrzymałam się od użycia CapsLocka i pogrubionej czcionki. Ale wszystko przed nami – później jest już tylko lepiej albo co najmniej tak samo dobrze).

A tutaj jeszcze wspomniane In My Place.

Zespół jeździł z trasą koncertową do drugiej płyty przez rok. Odwiedzili pięć kontynentów. Wiele występów było bardzo zaawansowanych, jeżeli chodzi o oświetlenie, różne efekty i bajery. Teraz jest to już stały element niemal każdego ich koncertu i pewnego rodzaju znak rozpoznawczy (w szczególności ostre, kolorowe lasery). Polską publikę czeka więc rozrywka na najwyższym i bardzo jarzącym poziomie.

from coldplaygraphics.tumblr.com

Chłopcy oczywiście nie przestali zdobywać kolejnych nagród i tytułów. Zostali np. uznani przez czytelników Rolling Stone, za najlepszy zespół roku 2003.

Rok 2004 spędzili poza błyskiem fleszy. Był to dla nich czas przerwy i oddechu od koncertowania. Trzecią płytę wydali w 2005 r. X&Y stał się, a jakże!, najlepiej sprzedającym się krążkiem roku, a głównym singlem było The Speed Of Sound. Płyta zaznaczyła się też w muzycznej historii UK, jako trzecia, najlepiej sprzedająca się.

Kolejne single z tej płyty to  Talk i Fix You. Jeśli chodzi o ten drugi utwór, Chris napisał go na pocieszenie, dla swojej żony, Gwyneth Paltrow, po tym, jak zmarł jej tata. Tekst jest rzeczywiście pocieszający.

Światła zaprowadzą Cię do domu

I rozgrzeją Twoje kości

A ja spróbuję Cię uleczyć.

Mam takie dwie koleżanki, które uwielbiają śpiewać tą piosenkę. Zwłaszcza fragment „Stuck in reveeeeeerse”, a tam jest takie zaciąganie (zwrócicie uwagę na nagraniu poniżej). Cóż, ciekawie im to wychodzi.

from love-to-the-loveless-shown.tumblr.com

Fix You jest śliczne, nie tylko ze względu na muzykę i słowa, ale ze względu na świadomość, że są to słowa skierowane do ukochanej osoby, która przeżywa ciężkie chwile. Jest to po prostu autentyczne.

Mimo wszystko mnie bardziej podoba się Talk. Ma ciekawy gitarowy motyw, a tekst mówi o braku porozumienia i potrzebie nawiązania kontaktu. Świetnie zgrywa się to z klipem (w którym chłopcy zostają na końcu… zjedzeni przez wielkiego robota). Poniżej wszystkie trzy wyżej wymienione single – Talk, Fix You i Speed Of Sound.

Coraz bardziej powszechne stały się porównania Coldplay do U2. Po nieco chłodniejszym przyjęciu trzeciej płyty, sprawiło to, że, jak powiedział Chris, wszystkie mieszane i negatywne recenzje nie były już warte uwagi. Od drugiej połowy 2005 r. do połowy roku 2006, zespół ponownie zaczął koncertować, odwiedzając większość dużych festiwali. Angażowali się też w różne akcje charytatywne i humanitarne (czym odznacza się cała ich kariera).

A teraz… Viva la vida! 😀 Nie, to nie Ricky Martin tak śpiewał.

Viva la Vida or Death and All His Friends, czyli czwarty album, którego nagrywanie rozpoczęli w 2006 r. Nagrania były przerywane koncertami w Ameryce Łacińskiej, a po sesjach w tamtejszych oraz w hiszpańskich kościołach, zespół zapowiedział, że płyta będzie prawdopodobnie zawierała hiszpańskie wpływy. I nie chodzi o jakiś tam latino rock, oczywiście.

okładka płyty „Viva la Vida or Death and All His Friends”

Chris określił Viva la Vida… jako nowy kierunek w twórczości zespołu. Jest ona inna od poprzednich (które są uznawane za swego rodzaju trylogię). Wokale są mocniejsze i niższe niż kiedykolwiek wcześniej. Niektóre utwory, takie jak Violet Hill, zawierają „zniekształcone gitarowe riffy i bluesowe wydźwięki.”

Nie wiem jak z tym bluesem, ale rock jest. Oj, jest.

kadry z klipu do „Violet Hill”
from cause-ifeellow.tumblr.com

No właśnie. Violet Hill, ah Violet Hill. Tak. To jest ten punkt, gdzie bez CapsLocka się nie obejdzie, wszak moje uwielbienie dla Coldplay zaczęło się właśnie od tej piosenki. W zasadzie to nie wiem, co mam napisać. Że jest cudowna? Oczywiście, że jest. Jest NIEZIEMSKO cudowna. KOSMICZNIE wręcz. Ale przecież w żaden sposób nie opisuje to tego, co czuję kiedy słyszę te anielskie dźwięki. Oczywiście pojawia się tu moja Święta Trójca, czyli TEKST+MELODIA+KLIP. Po kolei.

Tekst jest mistrzowski. Co ja się będę rozpisywać. Sami przeczytajcie.

Był długi, ciemny grudzień
Na szczytach dachów, pamiętam
Leżał śnieg, biały śnieg
Pamiętam dokładnie,
Patrzyli na nas z okien,
A my zamarzaliśmy na dole
Jeśli przyszłość projektowała
Karnawał idiotów,
Lepiej siedź cicho.
Jeśli mnie kochasz, czy nie powiesz mi o tym?

Był długi i ciemny grudzień,
Gdy banki stały się katedrami,
A chytry lis stał się Bogiem
Księża chwycili za swe Biblie,
Wydrążone w środku, by trzymać w nich broń,
I krzyże uniesione w górę.
Pochowaj mnie w zbroi,
Gdy padam martwy na ziemię
Moje nerwy to bieguny, które odmarzają
Jeśli mnie kochasz, czy nie powiesz mi o tym?

Nie chcę być żołnierzem
Którego kapitan tonącego statku
Schowałby jak najgłębiej…
Więc jeśli mnie kochasz, dlaczego pozwalasz mi odejść?

Zabrałem moją ukochaną na fioletowe wzgórze,
Tam usiedliśmy w śniegu.
Przez cały ten czas była milcząca.
Jeśli mnie kochasz, czy nie pozwolisz mi o tym wiedzieć?
Jeśli mnie kochasz, czy nie powiesz mi o tym?

Ja już ryczę.

A tu przecież jeszcze melodia i klip! 😀  Ale znowu, jak ja mam opisać coś takiego, żeby nie powtarzać po raz kolejny tych wszystkich banalnych określeń? Po prostu sami posłuchajcie i popatrzcie. We wcześniejszym poście (czyli tym niżej) zamieściłam ten utwór w świetnej wersji koncertowej – polecam się zapoznać. A tutaj (piękny) oficjalny (piękny) klip.

To z całą pewnością jedna z moich ulubionych (tych najbardziej) piosenek. No wiecie. Gdybym miała przed śmiercią 15 minut czasu, byłaby to jedna z tych, które chciałabym usłyszeć.

Dobra! Może lepiej idźmy dalej 😉 Wszak Violet Hill to nie jedyny utwór na tej, jakże udanej, płycie naszych uroczych Brytyjczyków. Jest przecież chociażby piosenka Viva la Vida, którą na pewno kojarzycie. Zespół był nawet oskarżany o plagiat, ale podobno podobieństwo melodii było przypadkowe i generalnie skończyło się ugodą. Oto Viva la Vida, z klipem, który wygląda jak namalowany. Dosłownie.

from i-ship-that.tumblr.com

Po tych dwóch nagraniach, czy muszę jeszcze wspominać o tym, że czwarty album Coldplay osiągnął wszelkie rekordy w sprzedaży, nominacjach (i wygranych) oraz zdobywaniu list?… Tak myślałam 🙂 Ale żeby było jeszcze milej, napiszę, że magazyn Rolling Stone, określił zespół jako najlepszy w latach ’00.

OK. Zbliżamy się do teraźniejszości. Pora bowiem, na najnowszą płytę – Mylo Xyloto.

Wzbudziła ona mieszane reakcje. Niektórzy krytykują inni chwalą. Jeśli o mnie chodzi, jedyne co mi się w tej płycie nie podoba, to fakt, że zaprosili do współpracy Rihanne.

Generalnie większości muzyków się to nie podoba. Freddie Cowan z The Vaccines, powiedział wprost, że Rihanna nie jest prawdziwą artystką, ponieważ na jej sukces pracuje sztab ludzi do tego zatrudnionych, ma ona po kilkunastu specjalistów, którzy zajmują się wszystkim, od pisania tekstów, po samą produkcję. Zaś współpracę Coldplay z tą „nie-artystką” komentuje tak:

„Coldplay stara się być największym zespołem na świecie, większym niż U2. Teraz mogą robić co chcą…”

No i ma rację. Mogą robić co chcą. Zakochałam się (tak jak prawdopodobnie większość z Was) w Paradise. I chociaż wolę ich brzmienie z Viva la Vida..., polubiłam (bardziej elektryczną i syntetyczną) grę zaprezentowaną na Mylo Xyloto.

from diamondzzandpearlzz.tumblr.com

A poza tym, nie zawsze pozytywne recenzje, nie przeszkodziły w świetnej, jak zwykle, sprzedaży i podboju list przebojów. Bo Coldplay, jest Coldplay!

Poniżej najlepsze według mnie utwory z tej płyty: Paradise i Charlie Brown.

A teraz parę słów na podsumowanie. No może paręnaście.

W przeciągu całej swojej działalności, zespół osiągnął bardzo dużo. Czerpał z różnych inspiracji, wśród których wymienia się m.in. Blur, Radiohead, Oasis, My Bloody Valentine, Muse, czy Arcade Fire. Czyli generalnie to, co tygryski lubią najbardziej 🙂

Sukces Coldplay jest spowodowany nie tylko tym, że brzmią dobrze. Jezu, dobrze! Zajebiście brzmią! Ale chodzi o to, że oni brzmią globalnie. Udało im się to, co nie udało się nawet Oasis. Podbili cały świat, bo chociaż są Brytyjczykami to nie brzmią na wskroś brytyjsko ( a to był jeden z powodów, oprócz ekscesów Liama oczywiście, przez które Oasis nie powiodło się w USA tak, jakby tego chcieli). Chociaż jak się nad tym zastanawiam to nie wiem, czy brak brytyjskości to zaleta, czy wada 😉

🙂 …. 😀 😀 😀

OK! Teraz tylko pozostaje nam czekać do środy, a potem łapać w internecie każde nagranie, jakie tylko się da. Zespół będzie świetny, to oczywiste. Ale najbardziej interesuje mnie jak będzie to wyglądało od strony fanów. A może to, że oni będą świetni także jest oczywiste?

Miłego weekendu! 🙂

P.S.:

Posłuchajcie jeszcze raz Violet Hill! Obowiązkowo! 😉 A potem jeszcze i jeszcze. I znowu. I jeszcze raz…

from oleolecoldplay.tumblr.com

Reklamy

14 thoughts on “It’s time for Paradise! Coldplay’s Paradise.

  1. O żesz jaki cudowny wpis o ym niesamowitym zespole Coldplay . Szacun , cudownie się go czyta a te piosenkirewelacja , chya dzisiejszy wieczorek spędze z ich utworami ;D

  2. O żesz jaki miły komentarz 😉 A pomysł na wieczór z Coldplay przedni. Zwłaszcza, że u mnie teraz słychać za oknem bębnienie deszczu o dach, więc nastrój w sam raz 🙂

  3. Moja przygoda z Coldplay’ami zaczęła się po przesłuchaniu „Mylo Xyloto” i od razu ich pokochałem. Naprawdę bardzo dobry wpis, przyjemnie się czyta 🙂 Zapraszam do siebie 🙂

  4. Świetny wpis ❤ Od Coldplay znam nowy album oraz "Viva la vida". Kocham głos Chrisa. Uwielbiam takie ich piosenki jak "Yes" czy "Violet Hill"

    Nowy post na The-Rockferry.blog.onet.pl. A w nim recenzja płyty Palomy Faith i grafika z M.I.Ą.

  5. To jest chyba najlepszy blog muzyczny jaki kiedykolwiek czytałem.
    A co do Coldplay’ów to mam do nich jakiś sentyment,bo „Fix you” to chyba pierwsza piosenka,którą nauczyłem się grać na basie ;D
    Kurcze,dziś ich koncert,szkoda,ze nie mogę tam być.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s